Nie da się spokojnie, bez emocji pisać o ludzkim okrucieństwie i znieczulicy. Słowa jakie w tym momencie bym użyła, niestety nie nadają się do gazety. To co wyprawiają teraz ludzie, można nazwać tylko skurwy.... Bo jak nazwać inaczej wyrzucanie psa z pędzącego samochodu, przywiązywanie go do drzewa, czy trzymanie na łańcuchu, aż na szyi pozostają same blizny. I takie rzeczy dzieją się nagminnie w Stargardzie. Szczególnie na osiedlu Lotnisko i osiedlu Zachód. Bo tam jest daleko, bo nikt nie zauważy...
Ktoś zaraz powie: Tyle ludzi na świecie cierpi, a ta kilkoma psami się przejmuje. A więc nie kilkoma, tylko setkami w naszym mieście. Kilkanaście psów dziennie wyrzucanych jest w brutalny sposób przez swoich właścicieli. Bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Codziennie zwierzęta cierpią z powodu ludzkiej głupoty. Są bite i przywiązywane do drzewa. Padają z wycieńczenia, ponieważ właściciele nie zapewnili im, w upalne dni, wystarczającej ilości świeżej wody. Tak, przejmuję się tymi zwierzętami, bo praktycznie zawsze, są bezbronne wobec ludzkiego okrucieństwa.
Zuza
Od dwóch tygodni, próbuję razem z Anią, z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami złapać brązową, nieufną suczkę. Biega na os. Lotnisko, a dokładnie przy ul. Tańskiego. Pojawia się zawsze o godz. 20.30, czasami także z samego rana. Z Anią jesteśmy tam codziennie, przez dwie godziny. Próbowałyśmy na wszelkie sposoby zdobyć jej zaufanie i pomału nam się to udaje. Już do nas podchodzi, ale wystarczy jeden nasz mały ruch, a odbiega na 2 metry. Sunia jest bardzo słodka, a jej brązowe oczy, nawet po tym co przeszła, nadal wyrażają zaciekawienie w stosunku do ludzi. Zaciekawienie, a jednocześnie strach. W zeszłym roku, podjechał samochód na stargardzkich numerach i ktoś po prostu wyrzucił ją z auta. Bez żadnych skrupułów. Nie wiem jak udało się jej przeżyć zimę, ale dała radę.
- Każdy, kto mieszka na tym osiedlu starał się wzbudzić jej zaufanie. Nie jeden chciałby ją przygarnąć, ale nie udało to się nikomu. Piesek strasznie wszystkiego się boi, chociaż przyznaję, że po tylu miesiącach pomału podchodzi coraz bliżej ludzi. Tyle osób ją tu dokarmia i każdy się o nią martwi. Zostawiamy jej przy boisku, w lasku, jedzenie i wodę. Tego, który wyrzucił ją z samochodu, potraktowałbym tak samo, albo jeszcze gorzej. To draństwo – mówi pan Zbigniew.
Z Anią, staramy się Zuzę (bo tak ją nazywam) złapać i przewieźć do schroniska. Pracują tam wspaniali ludzie, którzy wiedzą jak się nią zająć, jak zdobyć jej zaufanie i jak znaleźć jej dobry dom. Ale złapanie jej nie jest takie proste. Próbowałyśmy różnych metod, np. w jedzeniu podawałyśmy jej tabletki nasenne, ale nie poskutkowało. We wtorek zadzwoniłyśmy po panów z MPGK. Przyjechali z klatką. Czekaliśmy cierpliwie 1,5 godziny, ale nie weszła. Siedziała lub stała obok nas i po prostu czekała. Zrobiło się ciemno, więc poszliśmy do domu.
- Zostawilibyśmy na noc klatkę, ale ludzie wszystko ukradną – mówili pracownicy MPGK.
Próbowałyśmy również dzisiaj. To samo zrobimy jutro, pojutrze itd. Potrzeba na to dużej cierpliwości, ale aż do skutku. Używamy metod jak najmniej dla niej stresujących, tym bardziej, że jest całkowicie nieagresywna. Na osiedlu nikomu nie przeszkadza, nie szczeka i nie zaczepia ludzi. Czasami tylko skamle. Póki jest ciepło, daje sobie radę, ale co później? A co będzie jak dostanie cieczkę? Znajomemu ostatnio uciekła taka suczka. Psy tak ją dopadły, że nie przeżyła tego. Zuza nie zasłużyła sobie na taki los, żaden pies sobie na to nie zasłużył...
Szczęściarz i Cezary
21 lipca. Wróciłam do domu, po kilku godzinach próby złapania Zuzy. O godzinie 23.00 usłyszałam pod balkonem szczekanie. Następny pies. Tym razem roczny, brązowy mieszaniec. Piszczał, skomlał i cały czas warował przy drzwiach poczty, przy ul. Tańskiego. Dałam mu wodę i jedzenie. Bardzo ufnie podszedł do mnie, dał się pogłaskać i chciał się bawić. Odprowadził mnie pod samą klatkę do domu, ale bał się wejść. Rano czekał na mnie ufnie. Szczerze mówiąc serce mi pękało na ten widok, tym bardziej, że jak przyjechałam z pracy nadal tam był. Nikt go nie szukał, a on czekał. Wsadziłam go do samochodu i zawiozłam do schroniska. Mówię na niego Szczęściarz, chociaż w schronisku dali mu na imię Lucky. Dzwonię i pytam się o niego prawie codziennie. Mój Szczęściarz to prawdziwy rozrabiaka i kompletnie nie przejmuje się, że jest w schronisku, bawi się z innymi psami. Ale czeka. Czeka na kogoś, kto da mu bezpieczeństwo, miłość i dom. Kiedy go tam przywiozłam, po paru minutach, podjechali pracownicy MPGK. Na os. Zachód dostali zlecenie na 4-letniego, dużego psa. Pomimo tego, że wygląd miał groźny, był łagodny jak baranek. Na szyi miał same blizny, od łańcucha.
- Jak mu chcesz dać na imię? - spytała się mnie Magda Kleszko, dyrektorka schroniska.
- Ja? - pytam.
- Tak ty, ja już nie mam pomysłów na imiona – skomentowała.
Dałam mu na imię Cezary. Dziś siedzi w boksie z kilkoma innymi psami. Można spokojnie do niego podejść i pogłaskać. W zamian odwdzięczy się merdaniem ogona i lizaniem twojej ręki. Na jego ciele sporo jest blizn, ale on się zachowuje jakby nie pamiętał kto mu je zadał.
Pozbywają się problemu
28 lipca, godz. 12.45. Przyjechałam do schroniska po materiały do artykułu i zdjęcia. Już na wejściu widzę, że coś jest nie tak. - Dzwonili z Grabowa, zaraz przywiozą dwa psy. Znaleźli je przy jeziorze. Dzisiaj przywieźli już bigla, a w sobotę piękną, czarną suczkę labradora z dwiema małymi. Znaleźli ją przy ul. Niepodległości. Ktoś musiał ją wyrzucić, bo nikt za nią nie wydzwaniał – mówi zasmucona Magda Kleszko, po czym pokazuje mi małe „labki”. Brak słów. Bawiąc się ze szczeniakami, czekamy na „nowych lokatorów”. Nie minęło pół godziny, wchodzi chłopak. Na rękach trzyma szczeniaczka.
- Chcę go oddać. Mam go od 1,5 tygodnia, wyjeżdżam do pracy za granicę, a rodzice nie chcą się nim opiekować – mówi. Od razu nasuwa mi się pytanie: To po cholerę go brałeś kretynie, skoro teraz wyjeżdżasz?! Głupota ludzka nie zna granic. Dyrektorka bierze psiaka. Okazuje się, że nawet nie ma szczepienia, a facet niby zapomniał zabrać jego papiery.
- Ręce mi już opadają, nie potrafię tego komentować. Tak jak dzisiaj, dzwoni do mnie kobieta i mówi, że chce oddać 11-letniego boksera, bo sobie gdzieś wyjeżdża. Albo przyjeżdża kobieta z Pyrzyc i mówi, że jej suczka się „puściła” i ona tych szczeniaków nie chce. Nic ją nie interesowało. Ludzie chcą się tylko pozbyć „problemu”. Nie wszystkie zwierzęta możemy przyjąć, ale zawsze proszę ludzi, żeby przysyłali mi ich zdjęcia (e-mail: schronisko@rii.pl). Zamieszczam je na stronie internetowej. W ten sposób sporo psiaków i kotów znajduje nowy dom – mówi Magda.
Po godz. 13.00 MPGK przywiozło dwa duże psy, te z Grabowa. Potulnie wyszły z samochodu, były przestraszone. Około godziny 14.00 dzwoni telefon. W Media Expert znaleziono kotkę z małymi. A wieczorem przywieźli amstaffa, z ul. Dworcowej 26. Rzucił się na pijanego właściciela. Pracownik MPGK mówił, że jak pies już był w klatce, pijany mężczyzna jeszcze próbował go szczuć i drażnić. Przyjechała Straż Miejska.
Co dalej ze schroniskiem?
Schronisko ma miejsce na 178 psów. Aktualnie jest ich 175. Limit się kończy. W samym lipcu (do środy) przyjęto 45 psów i 16 kotów. Ludzie wyrzucają nawet suki szczenne, nie ma dla nich żadnej różnicy. Aktualnie w schronisku jest 10 szczeniaczków. Najwięcej wyrzuca się zwierząt na os. Lotnisko, os. Zachód, działkach, a w gminie Stargard nad jeziorami. Ludzie przyjeżdżają tam, otwierają drzwi samochodu i je wyrzucają. Czasami nawet nie zatrzymują się, tylko to robią z rozpędzonego auta. Nie ma już większego znaczenia, w jakim okresie pozbywają się zwierząt. Nie ma różnicy czy to jest lato, czy zima. Dane są przerażające: grudzień 2009r – 36 psów, styczeń i luty 2010r – 33 psy. W marcu padł rekord – 50 psów. A lipiec jeszcze się nie skończył. Boksy w schronisku są przeznaczone dla 8 zwierząt, ale pracownicy starali się nie trzymać w jednym więcej niż 6 psów. Teraz, kiedy zostały tylko trzy wolne miejsca, jest to już niemożliwe. Jeżeli pies nie znajdzie nowego właściciela, przebywa tam do końca swojego życia. Tutaj chociaż ma dach nad głową, jedzenie, wodę i odrobinę miłości. Tak jest np. z: Korkiem, Cyganem, Olkiem, Rudym, Rudą, Czarkiem i Grażyną. Są już tam od wielu lat, bo ktoś się chciał pozbyć „problemu”.
- Nie wiem co zrobimy jak przekroczymy limit przyjęć. Zostały tylko 3 wolne miejsca, a z dnia na dzień jest coraz gorzej. A co z tymi zwierzakami, co do nas nie trafią? Nawet nie chce mi się o tym myśleć – mówi Magda Kleszko.
- Jeżeli będzie 178 psów w schronisku, to na miejsce uda się ktoś z moich pracowników. Trzeba będzie stwierdzić, w jakich warunkach przebywają zwierzęta. Jeżeli wszystko będzie w porządku, to jak schronisko przyjmie jeszcze z 5 dodatkowych psów, to nic się nie stanie. Ale przy większej ilości trzeba będzie je zamknąć, ponieważ obowiązują nas przepisy i nie da się nic zrobić – mówi dr Witold Ratkowski, Powiatowy Inspektor Weterynarii w Stargardzie.
W schronisku robię zdjęcia. MISIU – średni mieszaniec, umaszczenie czarne, wiek 5 lat; HELL – duży mieszaniec, umaszczenie beżowe, wiek 4 lata; CZAREK – średni mieszaniec, umaszczenie czarno-podpalane, wiek 7 lat...itd. Wszystkie patrzą na mnie, tymi swoimi wiernymi oczyma. I z tą nadzieją w oczach. Jutro będzie kolejny dzień. I po raz kolejny Magda Kleszko odbierze telefon i powie: „Wiozą następnego, wyrzuconego”. Tylko łzy stają wtedy w oczach, z bezsilności i z wściekłości na podłość ludzką.
Magdalena Lubińska
7 Dni Powiatu Stargardzkiego